Sex after 40, czyli dlaczego kobiety z Indiany zdradzają swoich mężczyzn

Kilka dni temu w czeluściach The Huffington Post trafiłam na artykuł o zdradzających żonach. Konkubinach. Partnerkach. Jak zwał, tak zwał. Artykuł podparty był badaniami amerykańskich naukowców (a jakże) z Indiana University, którzy pochylili się nad opisem statystycznym oraz przyczynami kobiecej zdrady.

Trochę zastanowił mnie odsetek kobiet przyznających się do zdrady, a raczej to, że jest on bliski odsetkowi mężczyzn dopuszczających się wiarołomstwa. Dziewiętnaście procent mężatek i dwadzieścia trzy procent żonatych mężczyzn z Indiany zdradza swoją drugą połówkę. Trochę zgroza. Dołóżmy do tego fakt, że rozwiązłość obyczajów jest zjawiskiem bardziej tolerowanym społecznie u mężczyzn, u kobiet raczej średnio i panie niekoniecznie lubią się do niej przyznawać nawet w anonimowych ankietach, i już mamy fifty-fifty. Biorąc pod uwagę, że obyczaje w USA są mocno purytańskie, można przypuszczać, że odsetek ten w Polsce może być zbliżony, bądź wyższy, przynajmniej w niektórych grupach społecznych. Pięknie i bardzo zachęcająco do instytucji małżeństwa. Jeżeli zaś chodzi o powody, dla których jurne czterdziestoparolatki z Indiany wpuszczają do małżeńskiego łoża kolegów z dzielni, to są one raczej przewidywalne. Zapracowany mąż, dzieci wyfruwają z gniazda, w sypialni nuda, a hormony szaleją. Banał albo dramat, zależy od optyki.



Trudno chyba określić, gdzie zaczyna się zdrada. Czy dopiero wtedy, kiedy mąż w delegacji puka do drzwi koleżanki z pracy, a żona w tym czasie przyjmuje dawnego kolegę z liceum, czy może odrobinę wcześniej? Może już tam, gdzie jest wciąż tylko dwoje, ale to drugie jest jak automat do wynoszenia śmieci, odbierania dzieci ze szkoły i wstawiania prania, dzisiaj twoja kolej? Czy może tam, gdzie ona podskakuje i czerwieni się na dźwięk przychodzącej wiadomości? Czy kiedy on podczas służbowego spotkania siada dwa centymetry za blisko koleżanki z pracy, czy kiedy wyjdzie z nią na kolację, a żonie powie, że to klient, nie czekaj na mnie, wrócę późno? A może dopiero, kiedy ona na koleżeńskie piwo po pracy zakłada fikuśne koronki i pasek do pończoch? A może o jedno słowo za dużo, jeden gest za blisko, może wtedy, nie wiem.

Miałam kiedyś takiego kolegę, który nie odpuszczał absolutnie żadnej. Kolega ten od lat wczesnomłodzieńczych pozostawał w stałym i stabilnym związku, jednocześnie aktywnie korzystając z wdzięków każdej chętnej młodej damy, która tylko okazała choć odrobinę słabości. Zadanie miał ułatwione o tyle, że wybranka mieszkała w miejscowości oddalonej o jakieś dwadzieścia kilometrów, co za czasów szczenięcych stanowiło pewną przeszkodę w oglądaniu ukochanej dzień w dzień. Z wolnego czasu kolega korzystał bardzo skwapliwie, co i rusz poczta pantoflowa przynosiła wieści o jego kolejnych podbojach. W końcu nie wytrzymałam i zadałam pytanie wprost, bo dyplomacja i biały wywiad jakoś nigdy nie zgrywały mi się z charakterem:

- Po co właściwie to robisz?
- Co.
- Po co ją zdradzasz na lewo i prawo.
- Ależ ja jej nie zdradzam. Broń Boże. Ja tylko sypiam z innymi kobietami.

No, młyn na wodę moich młodzieńczych feministycznych zapędów. Pokłóciliśmy się oczywiście dość mocno, bo zaczęłam dopytywać, czy szanowna wybranka kolegi będzie miała identycznie rewolucyjne poglądy, jeżeli ją o to zapytać. Kolega pytać wybranki nie chciał. Niedawno tenże kolega omal nie rozjechał mnie dziecięcym wózkiem, z którym komplet stanowiła ta sama ukochana z dawnych lat. Trochę mnie ciekawi, czy coś się zmieniło, czy to wciąż niewiedza. A jeżeli niewiedza, to czy z głupoty, czy z kalkulacji bądź wyboru.

Nie wiem, czy kobiety mają podobnie. Nie znam żadnej, która potrafiłaby oddzielić strefę erotyki od strefy emocjonalnej, choć na pewno są i takie. Nie znam też żadnej takiej, która traktowałaby kochanka jako tymczasowe trofeum, i to nie zarzut w kierunku panów, tylko obserwacja. Dla większości znanych mi kobiet zdrada stałego partnera nie ma nic z hedonistycznego wzorca kobiety wyzwolonej, promiskuitywnej. Przeważnie jest poszukiwaniem i nadzieją na „zagraj to jeszcze raz, Sam”, na coś, czego w stałym związku siłą rzeczy dawno już nie ma i być nie może.

Może póki co mało amerykańskie jesteśmy. Może i dobrze.
Trwa ładowanie komentarzy...