O autorze
Zaczęłam dwadzieścia lat temu, opowiadaniem o bałwanku. W podstawówce były zeszyty w kratkę, zasuszone kwiatki i atrament rozmazany łzami, no a potem, well, potem nastał Internet. Nałogowo podglądam – wszystko, wszystkich i zawsze, a potem samo się pisze. Jak w końcu dorosnę, napiszę książkę. Tutaj warszawsko - o ludziach z autobusu, o dobrych i złych filmach, knajpach, Syrence, kolumnie Zygmunta, kocie Jarosława i holenderskiej trawie na Narodowym. I o wszystkim innym też.

Quo vadis, Internecie?

Po tym, jak na jakimś spotkaniu towarzyskim zniszczono bezpowrotnie mą niewinność so gennante mięsnym jeżem, pomyślałam, że oto sięgnięto dna i mroczniejszych odmętów internetu już nie ma. Obiecałam sobie nie klikać w takie rzeczy nigdy więcej, bo wolę trwać w błogiej nieświadomości, niż niszczyć się jeszcze bardziej, ale dziś mnie złe podkusiło i zabrnęłam w zaułek jeszcze mroczniejszy, to jest w kanał na youtubie, gdzie prezentuje się niejaka Grażyna Żarko.

Trudno nie zabrnąć, bo media elektroniczne epatują tematem już od kilku dni. Okazało się, że jest to dzieło dwóch panów, którzy mają już na koncie wypromowanie innej gwiazdy jutuba, Pani Barbary. Swoją działalność tłumaczą zaś szeroko zakrojonym eksperymentem socjologicznym. Comte się w grobie przewraca. Pomijając standardy etyczne, bo wątpię żeby któraś z pań zdawała sobie sprawę z mechanizmów, jakimi rządzi się sieć, przerażające jest to, ile osób takie coś ogląda, komentuje i uważa za doskonały dowcip bądź przyczynek do dyskusji. No cóż, nie wymagam, żeby cały Internet nagle zabrał się za rozważania dotyczące faworytów do literackiej nagrody Nobla, lub przewagi modelu skandynawskiego nad teoriami neoliberalnymi (czy odwrotnie, co kto lubi), ale wydaje mi się, że jeszcze parę kroków wstecz, i mentalnie wrócimy do jaskini, a kolejne kilka, i będziemy zwisać z gałęzi. Tam, skąd przyszliśmy. Jeszcze parę lat temu trudno mi było uwierzyć w zjawiska pokroju Big Brother 4 i z zaangażowaniem tłumaczyłam znajomym, że to absolutnie niemożliwe i oni to wszystko robią na niby. Grają. Ściemniają. W rzeczywistości są mądrzejsi, a to pożalsięboże coś, co widzimy na ekranie telewizora, to tylko wytwór naćpanego scenarzysty-socjopaty o specyficznym poczuciu humoru. Potem jednak dotarło do mnie, że telewizją rządzi oglądalność i reklamodawcy, i jeżeli coś jest puszczane, to znaczy że jest na to popyt. Ktoś to ogląda. Kogoś to fascynuje, ktoś w tym widzi doskonałą rozrywkę. Dostałam wtedy depresji i zrezygnowałam z naprawienia odbiornika telewizyjnego, który okazał mi tę łaskę, że był się zepsuł.



Parę dni temu, inspirowana kolegą po blogowym fachu, obejrzałam film o zgrabnym tytule „God bless America”, dokładnie na ten temat. Główny bohater, amerykańska wersja Adasia Miauczyńskiego z „Dnia Świra”, siedzi na kanapie i ogląda telewizję, bo jest samotny i jakoś nie garnie się do innych zajęć. W telewizji widzi kolejno: szesnaste urodziny rozpuszczonej pannicy, która otrzymawszy w prezencie Lexusa miast Escalade rzuca się na tatusia z pięściami, panienki rzucające w siebie zużytymi tamponami i newsa o nastolatkach, którzy podpalili bezdomnego mężczyznę. Bohater, motywowany dodatkowo utratą pracy i paroma innymi czynnikami, wyciąga z komody broń i zaczyna krwawą jatkę przez pół Stanów. Rozwala wszystkich, począwszy od panienki od Lexusa, przez grupę nastolatków w kinie, która głośno rozmawia podczas filmu i rzuca popcornem, gościa, który na parkingu pod marketem staje pośrodku dwóch miejsc, aż po ekipę fikcyjnego programu American Superstarz (coś jak te nasze X-Factory, tylko z dalece bardziej irytującym jury).

(A propos parkowania - jest to istną plagą także i naszych rodzimych parkingów i szczerze mówiąc żądza mordu budzi się we mnie dość często. Jakieś dwa tygodnie temu szukałyśmy z przyjaciółką miejsca na parkingu pod Ikeą i minęłyśmy pana w bardzo dużym i bardzo czarnym samochodzie, stojącym na ukos na dwóch miejscach. Pozwoliłyśmy sobie dość głośno (acz cenzuralnie) wyrazić swoje zdanie na ten temat i poddać w wątpliwość męskość kierowcy, którą musi podpierać kupnem auta w tych rozmiarach, a także wysłałyśmy na kurs doszkalający w zakresie manewrów na placyku. W zamian usłyszałyśmy coś o naszym plebejskim pochodzeniu. Cóż. Następnym razem, jak dorwę takiego delikwenta, machnę słitfocię z widocznym numerem rejestracyjnym i wpuszczę we wszystkie możliwe kanały).

Wracając jednak do filmu. Pomysł dobry, wykonanie takie sobie, bo już w pierwszej scenie miałam wrażenie, że twórcy filmu naoglądali się naszego rodzimego Koterskiego i przerobili na modłę amerykańską, czyli nachalnie dydaktyczną i bardzo łopatologiczną. Jednak sam problem równi pochyłej, po której toczą się media (wciąż nie posądzam ludzi mediów o daleko idące zidiocenie, ślepotę i głuchotę, ale akcjonariuszy o presję na zysk już tak, idzie to, co się sprzedaje, podaż prostym efektem popytu) – jak najbardziej aktualny i na czasie. Jeden cytat szczególnie trafny - why have a civilization anymore if we no longer are interested in being civilized. No właśnie, po co.

Na koniec hit – losowo wybrany filmik z emerytowaną nauczycielką aka Panią Grażyną ma ponad trzysta tysięcy wejść. Bardzo zgrabny utwór z nowej płyty Doroty Miśkiewicz – kilkaset (kilkaset, literalnie, nie kilkaset tysięcy), w tym połowa moich. Rozumiem, że istnieje wolność wyboru i nikt nikomu niczego czytać ani oglądać nie każe, ale przeraża mnie, jakie treści zdobywają największą popularność. Samej emerytowanej nauczycielki jest mi najzwyczajniej w świecie żal. Chleba i igrzysk, prawda.

Gdzieś się, drogi Internecie, mocno pogubiłeś.
Trwa ładowanie komentarzy...