milosc.com.pl

W pewnej bocznej uliczce Internetu natrafiłam ostatnio na kampanię społeczną promującą, uwaga, związek małżeński i miłość na całe życie jako „źródło prawdziwego szczęścia”. Piękne, szczytne i naprawdę trzeba sporo umysłowej gimnastyki, żeby się nie zgodzić. Zatem zgadzam się i jestem gorącą fanką.

Podobnie, jak jestem za pokojem na świecie i słoneczną, letnią pogodą, dwadzieścia pięć stopni w cieniu, lekki wiaterek. Zwłaszcza w zimie, kiedy przy minus dwudziestu stoję na przystanku i czekam na tramwaj, wtedy moja chęć do przeprowadzania kampanii społecznej na rzecz słońca i lekkiego wiaterku wzmaga się szczególnie mocno. Z pokojem na świecie identycznie – jestem wrażliwa, empatyczna i źle mi się patrzy na doniesienia z Syrii czy Afryki środkowej. Wolałabym nie patrzeć. Kampanii mimo wszystko jednak nie przeprowadzam, po pierwsze dlatego, że moja wiedza o kampaniach społecznych owszem jest, ale teoretyczna, a po drugie, wydaje mi się, że dość kluczowe jest, żeby jak coś robić, to już z sensem i efektem. Trochę marzenie ściętej głowy, no ale tak już mam. Tak się trochę obawiam, że wpuszczenie na youtube’a filmiku promującego związki zalegalizowane będzie miał dokładnie taki wydźwięk w społeczeństwie, jak umieszczenie na bilbordzie w centrum stolicy hasła „Warszawa żąda dostępu do morza”. Owszem, Warszawa może dostęp mieć, ale jak sobie nad morze pojedzie i usiądzie na plaży. Proszę bardzo, rzeczona kampania:





Potem wczytałam się w szczegółowe założenia i też było fajnie. Oczywiście, że większość (ze mną na czele) zgodzi się z twierdzeniem, że „mimo trudności i niesprzyjających czasów warto dbać o związek”. Więcej, zgodzę się też z tezą, że żyjemy życiem, w którym często zmienność to jedyna stała, zwłaszcza, jeżeli chodzi o relacje międzyludzkie. Nie tylko gatunku, nazwijmy to, romantycznego, wszystkie inne też. I również mi z tym źle, bo po stokroć bardziej cenię sobie znajomość z jednym człowiekiem, do którego mogę zadzwonić o północy z jękiem, że mi źle i niedobrze i smutno i że zrób coś, niż dziesięciu ludzi od zdawkowego „gdzie na urlop-gdzie na sylwestra-gdzie w piątek na miasto-straszny dziś upał-znowu pada”. Wcale też nie uważam, że prawdziwy i trwały związek to mit i przeżytek, pal już sześć, czy to związek przyjacielski, czy romantyczny. Można, tylko trzeba trochę wysiłku, rzecz jasna z obydwu stron.

I tak byśmy sobie z twórcami kampanii szli ramię w ramię, gdyby mi się paluszek nie omsknął w zakładkę pod tytułem „związki partnerskie”. Z zakładki się otóż dowiedziałam, że mężczyźni wchodzą w tego rodzaju relacje głównie z powodu dostępności seksualnej partnerki, bez konieczności brania za nią odpowiedzialności. To znaczy, mężczyzna do wzięcia odpowiedzialności potrzebuje czynnika zewnętrznego w postaci formalizacji związku, inaczej poczucie odpowiedzialności jest mu obce. Jest też fajnie, bo można na partnerkę zwalić koszty utrzymania (autorzy kampanii powołują się na badania, według których wkład kobiet w utrzymanie w przypadku konkubinatów to 70% kosztów. 30% dają mężczyźni. Autentycznie zdębiałam). Więcej – zostałam też poinformowana, że 70% małżeństw, które najpierw żyły ze sobą w związku partnerskim kończy się rozwodem. Od razu przypomniały mi się zajęcia z podstaw statystki, kiedy to wykładowca dał przykład dwóch pożarów. Do pierwszego przyjechał jeden wóz i dwóch strażaków, spłonęła stodoła. Do drugiego przyjechało dwadzieścia jednostek i sześćdziesięciu strażaków, do cna spłonęła fabryka. Wniosek – im więcej strażaków, tym większe zniszczenia. Wniosek oczywiście błędny, ale drogi na skróty mają to do siebie, że nie trzeba sobie przemęczać neuronów i można ładnie dopasować liczby do poglądów. Dowiedziałam się więc, że życie pod jednym dachem przed ślubem prawie na pewno skończy się rozwodem, jak już się na ten ślub w końcu zdecydujemy. I nikt nie zadał sobie trudu, by pomyśleć, że rozwody są rzadsze u par, które ze sobą nie mieszkały przed ślubem nie dlatego, że są lepszymi parami, ale dlatego, że wchodzi czynnik religijny, który nie dopuszcza zarówno wspólnego pomieszkiwania, jak i rozstania, i trwałość tego związku nie wynika bynajmniej z jego innej jakości, ale z narzuconych zewnętrznie norm określonej grupy społecznej. A czy te pary są bardziej czy mniej szczęśliwe, to już zupełnie inna sprawa, o której na takich liczbach wnioskować nie wolno, bo to błąd metodologiczny.

Jadąc na tym samym wnioskowaniu, dowiedziałam się jeszcze, że w związku pozamałżeńskim będę bita i wykorzystywana częściej, niż w małżeńskim, mąż mnie uszanuje, a, ekhm, konkubent nie bardzo, i w ogóle lepszy żaden, niż pozamałżeński. No cacy.

Może jestem naiwna, ale do tej pory wierzę, że ludzie dzielą się na tych przyzwoitych i na tych przyzwoitych inaczej, a do przyzwoitości nie każdemu musi być potrzebna legalizacja. Jeżeli ktoś ma taką wewnętrzną potrzebę – jasne. Jeżeli nie, to nie formalizacja związku czyni człowieka dobrym/czułym/wrażliwym/opiekuńczym/odpowiedzialnym/wstawić dowolne ulubione. A jeżeli już się robi kampanię społeczną opartą o bądź co bądź szczytne cele, to można by ją zrobić porządnie, a nie w sposób dyskredytujący już na samym wejściu za metodologię. Nie wchodząc już nawet w prawdy oczywiste, typu jednemu ogórki, drugiemu ogrodnika córki.
Trwa ładowanie komentarzy...