O autorze
Zaczęłam dwadzieścia lat temu, opowiadaniem o bałwanku. W podstawówce były zeszyty w kratkę, zasuszone kwiatki i atrament rozmazany łzami, no a potem, well, potem nastał Internet. Nałogowo podglądam – wszystko, wszystkich i zawsze, a potem samo się pisze. Jak w końcu dorosnę, napiszę książkę. Tutaj warszawsko - o ludziach z autobusu, o dobrych i złych filmach, knajpach, Syrence, kolumnie Zygmunta, kocie Jarosława i holenderskiej trawie na Narodowym. I o wszystkim innym też.

Warszawa Powiśle, odcinek trzysta siedemdziesiąty trzeci

Bozia mnie pokarała nietypową nerwicą, otóż lubię sobie poczytać komentarze pod artykułami w Internecie. Taka trochę perwersyjna przyjemność, coś trochę ocierającego się o masochizm. Tak zwana społeczność internautów lubuje się bowiem w fantazyjnym wypruwaniu sobie flaków, wzajemnym wrzucaniu się do gara z rozgrzaną oliwą, przypalaniu smołą, poddawaniu w wątpliwość prowadzenia się matek współdyskutantów, detektywie Rutkowskim i Natalii Siwiec.

Z psychologicznego punktu widzenia to naprawdę fascynujące, co też z człowieka może się wylać, kiedy temu człowiekowi pozwolić napisać, co mu ślina na język przyniesie. To znaczy myśl na palce. Rozumiem doskonale, że jest to efekt asymetrii pozytywno-negatywnej, i jak jest człowiekowi dobrze, to się tym z wszechświatem nie dzieli, bo nie ma takiej potrzeby, natomiast jak jest mu źle to i owszem, wylewa, celem oczyszczającego katharsis. Plus jest taki, że jak tak sobie człowiek poczyta, to mu się od razu poprawia, bo się okazuje, że nasze frustracje to jeszcze nic w porównaniu z frustracjami innych.



Ostatnio dużo czytam o zamieszaniu wokół warszawskich klubokawiarni na Powiślu, gdyż zdarza mi się tam bywać i bardzo sobie to bywanie chwalę. Bynajmniej nie dlatego, że lubię patrzeć na ładnych chłopców w rurkach, koszulach w kratę i wełnianych czapkach, ale z powodu luzu i niezobowiązującej atmosfery. Wprawdzie są i tacy, którzy wszędzie doszukają się snobizmu, ale akurat ja wolę sączyć napoje patrząc na otoczenie z pozycji leżaka, zamiast z niebotycznych szpilek i spod ufryzowanej grzywki, co jest niepisanym dress codem na przykład w pewnym plażowym lokalu na L na drugim brzegu Wisły, czy też pewnym lokalu na S na ulicy Foksal. Oczywiście Internet ruszył do dyskusji, opinie się silnie spolaryzowały i mamy grupę „za” oraz grupę „przeciw” dalszemu funkcjonowaniu barów na Powiślu. Jestem subiektywna, bo mi wolno, w związku z czym jestem „za”, gdyż lubię tam siedzieć na leżaku. Nigdy też nie spotkałam się z zarzucanymi awanturami, nie widziałam nikogo rzucającego butelkami, ani wymiotującego na ulicę. Być może dlatego, że jestem stara i w godzinach, kiedy rzeczone awantury się odbywają, jestem już w drodze do domu i nie widzę. Nie mówię że nie, bo skądś się jednak te skargi biorą.

Grupa „przeciw” jest jednak czasami dość radykalna. Otóż z komentarzy dowiedziałam się, że wszędzie na świecie jest dobrze, elegancko, cicho i kulturalnie, cała Europa potrafi się bawić nawet przy użyciu alkoholu, w eleganckim Londynie nikt nie wymiotuje, nowoczesny Berlin tętni życiem, we Frankfurcie alkohol sprzedawany jest do 20, a potem do domu (serio…?), o Rzymie to już nie wspominając. W Warszawie natomiast mamy, cytuję „upadek i demoralizację, tandetne upijalnie, bandytów, dresiarzy, hołotę chlejącą na ulicy i rzygającą, oraz darcie mordy”. Wszyscy potrafią, tylko nie Warszawa, nie ma u nas kultury picia i jakichkolwiek hamulców, w ogóle niczego nie ma (Kononowicz). Jak już wspominałam, nie odnotowałam, ale być może za wcześnie udaję się do domu. Chętnie natomiast podzielę się obserwacjami z kultury picia w eleganckim Londynie, oraz w historycznych murach Rzymu.

W eleganckim Londynie odwiedzałam przyjaciółkę, która jest tam na kontrakcie. Pierwszego wieczoru postanowiła pokazać nam lokalny folklor i udałyśmy się do Soho. W Soho trudno się upić, jak się ma problemy decyzyjne, bo co krok to pub lub bar, i trochę trudno postanowić, do którego wejść. Wchodzi się tylko po piwo, a potem się wychodzi, z tym że tylko do linii na ulicy, dalej stoi pan z jakichśtam służb i wychodzić dalej nie pozwala. Bardzo mądre rozwiązanie. Siłą rzeczy jest głośno, na ulicach jest szkło, a po bramach sikanie i inne takie. Wiem, że Soho to jednak średni argument, bo jest to od dawna dzielnica klubów, barów i pubów, i jak ktoś sobie wymyślił adres w Soho, to cierpi na własne życzenie. Niemniej, następnego dnia przyjaciółka postanowiła pokazać nam tę bardziej snobistyczną wersję miasta i zabrała nas do Chelsea. Jeżeli ktoś jest w tej sprawie nieuświadomiony, to Royal Borough of Kensington and Chelsea jest taką dzielnicą, gdzie Hugh Grant sąsiaduje z Pippą Middleton, która z kolei sąsiaduje z piętnastym diukiem Bedford, wejście do klubu wyściełany jest czerwonym dywanem, podjeżdżają pod niego limuzyny, wstęp kosztuje kilkanaście funtów, piwo kilka (angielskiej lejdi piwa wprawdzie pić nie wypada, ale w ciemnych kątach nikt nie widzi), ale drinki już kilkadziesiąt. Odstawszy swoje w kolejce na czerwonym dywanie, przeszedłszy selekcję numer jeden (wpisanie się dzień wcześniej na listę) oraz selekcję numer dwa (blondynka w futrze, udawałyśmy bogate Rosjanki), odkryłam, że wytworne picie różni się od niewytwornego tylko tym, że brytyjskie dziewczęta mają na sobie złote cekiny, w toalecie stoją ogólnodostępne perfumy Diora, brytyjscy chłopcy noszą sweterki w romby, oraz spożywa się Moët Chandon zamiast gorzkiej żołądkowej. Wytworność kończy się jednak po wytoczeniu się na King’s Road, gdzie tak samo jak nad Wisłą leci szkło, brytyjskie ladies zadzierają cekiny pod szyję i sikają w bramie piętnastego diuka Bedford, a młodzi arystokraci w sweterkach w romby tak samo drą mordy, z tym że z brytyjskim akcentem, co dodaje jednak odrobiny dystynkcji. Nie wydaje mi się, żeby nauczyli się tego od swoich polskich kierowców i sprzątaczek.

Tymczasem Wieczne Miasto trudno porównać do czegokolwiek znanego znad Wisły, bo tam wszystko odbywa się w sposób typowo południowy, czyli namiętnie i z fantazją. Za miejsce zamieszkania wybrałam tam dzielnicę San Lorenzo - zdecydowanie nie turystyczną, trochę studencką, ale oprócz studentów pełną samych Włochów w wieku raczej emerytalnym. Przy porannym espresso jedynymi cudzoziemskimi gośćmi byliśmy my, ja i towarzysz podróży, i często patrzono na nas jak na niecodzienną atrakcję (Estonia? Are you from Estonia?). Z kolei wieczorami (to jest po dwudziestej trzeciej) dzielnicę opanowywała młodzież w wieku raczej przedemerytalnym, która to młodzież obsiadała najpierw wszelkie możliwe krawężniki i schodki, a potem każdy dostępny kawałek bruku, i kolektywnie, śpiewała, tańczyła, grała na bębenkach, tłukła butelki w rytm bębenków, spożywała alkohol bynajmniej nie w ilości jednego Nastro Azzuro, a nad wszystkim unosiła się chmura zioła. Wokół kręciły się służby porządkowe, które interweniowały tylko w przypadkach skrajnych. Najskrajniejszym, jaki widziałam, była panienka, której zielona piana toczyła się z ust i która odjechała karetką na sygnale. W ogóle karetki na sygnale jeździły dość często, ale tocząca się z ust piana przed nosem to za dużo nawet dla mnie. W każdym razie, wyspać to się podczas tego wojażu nie wyspałam, i naprawdę nie wiem, jak ci biedni Włosi w wieku emerytalnym to znoszą. Być może są głusi i nie słyszą. Warszawskie Powiśle mogłoby Rzymowi buty czyścić, faktycznie kultura picia jak się patrzy.

Komentatorom chwalącym kulturę picia na zachodzie polecam zatem spędzić krótką chwilę gdzieś poza knajpą dla turystów, w godzinach innych, niż osiemnasta-dwudziesta.

Faktem jest, że knajpy na Powiślu padły ofiarą własnej popularności, ale zabijanie ich, tak jak zabito Chłodną 25 przez zabranie jej koncesji na alkohol, to rozwiązanie co najmniej średnie. Warszawa Powiśle od paru dni stara się wprowadzić trochę porządku i nawet nieźle im to wychodzi. Pewnie jestem potwornie naiwna, ale wydaje mi się, że da się utrzymać ludzi w ryzach, komunikując im wyraźnie co wolno a czego nie, i egzekwując. Zamiast zamieniać tętniącą życiem dzielnicę w pustynię.
Trwa ładowanie komentarzy...