O autorze
Zaczęłam dwadzieścia lat temu, opowiadaniem o bałwanku. W podstawówce były zeszyty w kratkę, zasuszone kwiatki i atrament rozmazany łzami, no a potem, well, potem nastał Internet. Nałogowo podglądam – wszystko, wszystkich i zawsze, a potem samo się pisze. Jak w końcu dorosnę, napiszę książkę. Tutaj warszawsko - o ludziach z autobusu, o dobrych i złych filmach, knajpach, Syrence, kolumnie Zygmunta, kocie Jarosława i holenderskiej trawie na Narodowym. I o wszystkim innym też.

Staje się październik w kapocie podartej

Trudno jest mówić o mieście, w którym się urodziło, i w którym mieszka się całe życie. O wiele łatwiej być spostrzegawczym we wszystkich nowych miejscach, gdzie co i rusz wpada się na coś, co niezbadane i potyka o nowe. Przechodzę tą samą trasą dziesięć razy w tygodniu, czterdzieści razy w miesiącu, czterysta kilka razy w roku, piętnaście minut rano, piętnaście minut po południu, a jedyne, co zdarza mi się czasem zauważyć, to zmiana pór roku.

Jakiś czas temu przechodziłam moją stałą poranną trasą z przyjaciółką, która wprawdzie mieszka niedaleko mnie, ale akurat na tej ulicy dawno nie miała żadnego interesu.



- Coś tu się pozmieniało, była tu ta kostka? Chyba nie było. O, jaki fajny mustang, zabytkowy, zobacz, żółte tablice. Widziałaś tę bramę, tam po drugiej stronie? Z tym dzikim winem? Zupełnie jak we Włoszech, pamiętasz?

No nie widziałam. Rutyna codzienności ujmuje nieco zdolności świadomego patrzenia i zauważania, wszystko dzieje się gdzieś obok, jakby równolegle, niby na dotknięcie, a jednak poza nami.

Niedaleko mojego bloku ciągnie się ulica starych, przedwojennych kamienic. W większości są to mieszkania czynszowe, a kamienice od lat nieodnawiane, obdrapane i brudne. Nie jest to jakieś szczególnie niebezpieczne miejsce, ot kilka budynków z lekko przekroczonym terminem przydatności. Tędy też często przechodzę, w jedną stronę do sklepu, w drugą do piekarni, parę razy w tygodniu, a dopiero dziś udało mi się zauważyć, że mieszkańcy jednej z czynszówek mają chyba jakiś swój prywatny konkurs na wystrój balkonów. I tak pośród tego odpadającego tynku, odłażącej farby i rdzewiejących barierek zwisają kolorowe pelargonie i wrzosy, pnie się bluszcz, ktoś przewiązał barierkę kolorowymi lampkami choinkowymi, jeszcze inny pomalował spód balkonu sąsiada niebieską i białą farbą, i ma nad głową zapasowe niebo na deszczowe dni. Pewnie je też wcześniej mijałam sto i jeden raz.

W sobotę wcześnie rano stoję na przystanku tramwajowym na Placu Zawiszy, jest dziwnie ciasno, jak na ten dzień i godzinę, bo oprócz dziewcząt z butami w ręku i rozmazanym piątkowym makijażem, pełno tych schludnie ubranych, zapiętych pod samą szyję, z plecakami i wciąż jeszcze pryszczatymi chłopcami, ubranymi nie wiedzieć czemu w studniówkowe garnitury. Jest rano i ciężko mi się myśli, więc chwilę mi zajmuje zorientowanie się, że przecież zaraz październik i dla setek z nich to pierwszy dzień nowego i nieznanego, pierwszy dzień wolności, pierwszy dzień wszystkiego. Przez miasto od dziś toczy się nowa krew, studenci przyjechali.

– Przepraszam bardzo, bo ja nie stąd, jak ja dojadę na Dzielną…? – za dwa miesiące będziesz bardziej warszawska niż Syrenka przy Świętokrzyskim - myślę sobie z przekąsem – i natychmiast się mityguję, bo cóż to biedne dziewczę mi zawiniło, a nuż wyrośnie na ludzi.

– Wszystko jedno, każdy skręca.

W oczach dziewczątka wciąż jest niezrozumienie, a ja zajęta sobą i otumaniona wczesną godziną patrzę na nią pytającym wzrokiem, czemu jeszcze nade mną stoisz, przecież mówię, że każdy tramwaj dobry. Zanim dociera do mnie, że przecież skąd dziewczę ma wiedzieć, że w Grójecką to tylko z drugiego przystanku, że dalej w Alejach nie ma torów, że każdy jeden tramwaj skręci i dowiezie, całą, zdrową i z tym śmiesznym plecaczkiem, zanim zdążę wskazać jej plan miasta tuż obok i rozpiskę przystanków, już pojawia się druga, bardziej rezolutna, w czerwonym płaszczyku i torbą zamiast plecaka.

- Ja też tam jadę, plan miasta mam, możemy pojechać razem.

Odciąga ode mnie tę przerażoną i zdezorientowaną, i za chwilę słyszę, jak czerwony płaszczyk opowiada, dziś przyjechałam, jaki ten dworzec wielki, i to wszystko też takie wielkie, i ledwo torbę zostawiłam u ciotki i od razu wyszłam, i wszędzie tak daleko, i tyle tych autobusów, i jeszcze te tramwaje, zupełnie nie wiem, jak tu się ogarnąć, u mnie tylko jeden autobus jest.

Nie wiem, co mnie w tej scenie zastanowiło najbardziej. Czy to, że ktoś jeszcze chodzi po mieście z papierową mapą w ręku, bo papierowy plan miasta wyrzucił chyba nawet mój dziadek, kiedy dał się w końcu nawrócić na gps-a, może tak. Czy to, że można tak po prostu zacząć rozmawiać z obcym na warszawskim przystanku, zamiast uruchamiania aplikacji w telefonie, bo przecież jak to, nikt tak już nie robi, to się nie dzieje - może to. Czy może jednak fakt, że to wszystko jeszcze kogoś dziwi, zaskakuje i przeraża, że wciąż jest dla kogoś szansą, że kolejny ktoś jest na jakimś początku, że wciąż może wszystko i być wszędzie, jeżeli tylko - i tak w kółko, i tak na okrągło, da capo al fine, rok w rok.
Trwa ładowanie komentarzy...